O co kaman

Autor: Konrad Góra, Gatunek: Proza, Dodano: 02 sierpnia 2013, 01:51:59

O co kaman

 

 

Śmierć Marka Krukowskiego, Hapenera, – jego pogrzeb, jako jedna z tych przyjemności, które z przełknięciem śliny sobie odpuściłem – jakoś zbiegły się z tym, że pod prawie modną knajpą spotkałem Krzysztofa Kłosowskiego, Kamana, i w parę sekund prawie mi się wyświetliły lata zerowe lata, bieganina z wywalonym jęzorem, idiotyczne poczucie sensu życia i inne takie atrakcje, jak spacer od siebie ze wsi jeszcze wcześniej, i wchodzenie z lasu pod Psim Polem w funebralne światła cmentarza na Kiełczowskiej; jakby się do miasta wchodziło źle policzonym wydrożem, sztolnią przez cmentarz z muzyką, do pętli N-ki jak do miejsca umówionej albo po prostu nadarzającej się ewakuacji; próbowałem już paru ludziom wcisnąc ten kit, zaczątek mitu o Psim Polu jako przejściu cmentarnym do dopiero ożywającego terroir miejskiego, które po przekroczeniu Widawy mazi się spod nóg na oczy z najoczywistszą niechęcią, jak w tej głupawa historia o myjni i serwisie samochodowym zaraz za Shellem, po drugiej stronie od Korony, ale jeszcze przed furtkami do sklepów, gdzie na froncie z szyb widniał pierwotnie napis WYMIANA OLEJU, z którego odpadła czy też znalazła się w miejscu wybitego okna litera A, i moja pijana i głodna wyobraźnia w jej miejsce wykładała jak w grach planszowych literę O, i tak wtaczałem się nocą czy dniem do miasta, którym starałem się gardzić, i którego częścią coraz mocniej byłem: jak głupki poszliśmy z Czahą na grób Wojaczków, Andrzej, lekarz, umarł niewiele wcześniej, nie można było było unieść płyty z nad pierwszego brata żeby dosunąć doń drugiego: skremowanio więc jego ciało i wepchnięto urnę najdalej, jak się dało: myślałem o tym, jak o próbie montażu lampki w jakiejś osypanej grocie, żeby choć oświetlić pierwsze jej metry, skoro nie można dostać się dalej, albo, jeszcze bardziej, o dostarczaniu światła dziecku, które utknęło w studni albo spuście gnojownika i jeszcze się nie zaczadziło: na grobach braci spotkaliśmy nieformalną wdowę po Andrzeju, przynosiła nam potem słoiki na ogórki na skłot, bo nie wiem dlaczego, powiedziałem jej, że tego potrzebujemy najbardziej. Stała tam też sztofka wódki z liściem jesionu na wierzchu, jakiś dureń przychodził tam pić z Rafałem. Było tego za mało i za daleko, żeby po to jeździć, ale opcja czterdziestu czy pięćdziesięciu gram jesionówki jako konsumpcyjna ostateczność zagnieździła mi się we wspomnieniach, których próbowałem dokonywać na przykład ustami; nie znałem jeszcze smaku miasta i czasami wydawało mi się, że jego powietrze potrafi mieć konsystencję rozgotowanych kartofli czy zupy porowej w podpleśniałym chlebie, pracowały jeszcze oba browary, w ich okolicach snuły się szarfy woni słodu i folii, bo tak z daleka trefi spirytus, foliowym workiem po azofosce. Ale komu miałem ten tryb łączenia przyszłości z teraźniejszością narzucić? Oprócz mnie na skłocie mieszkał tylko jeden człowiek ze wsi, Groszek; spotkałem go na dniach, po latach w tej samej tancbudzie, co Kamana, przyjechał na koncert Diamandy Gallas. Wtedy razem zbieraliśmy drewno po śmietnikach i wzdłuż Odry. Potem pokłóciliśmy się prawie na śmierć i życie. Wyjechali we dwójkę oczywiścuie nie przeze mnie; mieszkali w samochodzie w Szwajcarii, Francji i pewnie Holandii. W bagażniku wozili snopek z grzybnią boczniaka.

Jeśli o to chodzi, to na targu hurtowym przy Obornickiej rolnicy codziennie wyrzucali warzywa skrzynkami, kartonami, wiadrami. Nic nie mogły wskórać u nich kobiety, od razu wyzywali je od kurew. Przyjeżdżałem tam wózkiem pod rower. Raz na jakiś czas na płycie targowiska umierał bezdomny albo i pracownik jakiejś hurtowni korzenia i pomidora; wtedy dostawałem handlowy towar prosto do wózka. Zimą marzły wystawy, tyle że kartofle robiły siłę czysto bimbrowe. Pierwszy raz w dwudziestodwuletnim życiu jadłem bakłażany, potem szparagi i awokado. Wróciliśmy – po rocznej przerwie po końcu skłotu Rejon – do rozdawania zupy w parku, przerzuciliśmy się z placu Wolności na plac Staszica, i ileś lat brano nas za krisznowców, którzy wycofali się stamtąd dwa lata wcześniej, po wyprowadzce na Psie Pole, które tylko dla mnie było źle wyrusowanym cmentarzem, jakiś człowiek zobaczył w nim filię Łodzi, nikogo innego moja wizja nie kupiła. Ktoś tam łapał stopa i tyle.

 

W 2000 przestałem pisać wiersze i chodzić na turnieje. Cenie urodziło się czternaście szczeniaków, w tym dwanaście żywych, jej wlaścicielka była chora psychicznie i groziła komuś nożem w ciemnościach. Założyliśmy dla nich nowy skłot, przy Ptasiej. Był grudzień, szczeniaki miały po trzy tygodnie. Przy ścianach zamarzała para i warzywa. Nie wiedziałem, że cytrusy wyzębiają i w największe mrozy żywiłem się mandarynkami. Z kolumny przewodu wentylacyjnego postawiłem amatorski piec, właściwie ognisko na dwóch cegłach, z wlotem do komina. To było jak zadanie wojenne, musieliśmy utrzymać się trzy tygodnie. Z dwunastki szczeniaków, jedno, ruda suczka, było w typie tamtego dwojga martwych i pozostałe odrzucały ją z kręgu. Stała przed moim idiotycznym pseudopiecem i ogrzewała kolejno lewy bok, prawy, bok, przód, tył. KIedy wygasało, kładła się w popiele. Przypomniała mi się legenda Kali Gandaki. Bogini nędarzy, która mieszka z nimi na wysypiskach i kocha się z trędowatymi. Nazwałem ją Kali i zabierałem do łóżka. Mnie też było cieplej. Potem oddałem ją pewnym ludziom ze wsi. Skonała z mrozu zeszłej zimy. Ludzie, którym udało się wmusić te szczeniaki, brali nas za ostatnią patologię, która poiła je piwem, na dzwięk odbijania puszki czy butelki dostawały pierdolca; w rzeczywistości stać nas było na piwo tylko wtedy, kiedy znaleźliśmy tyle mięsa dla Ceny i zarobiliśmy na złomie i kartonach na żarcie dla szczeniaków: libacje były sygnałem wyżerki. Po piątym czy szóstym podpaleniu przez okoliczną giterkę mołotowami czy po prostu szmatami w ropie zrzutów choinek i innego badziewia opałowego pod ścianami, policja z zarządem kamienic eksmitowała nas za stwarzanie ryzyka pożarowego. Szczeniaki zdążyli odchować i wydać. W lutym 2001 pękł mi woreczek żółciowy i na kilka tygodni trafiłem z kilkutygodniową Kali do wspomnianych ludzi ze wsi. W ten sposób przepiłem i przegapiłem eksmisję skłotu na Kromera, której dokonano w nocy z 26 na 27 marca w ramach egzaminu trzeciego roku elewów szkoły policyjnej. Wtedy chyba zagrało na granicy powagi. Przed atakami na WTC można jeszcze pobiegać po ulicach i poprzepychać się z policją. Wróciłem w prawdziwe wrzenie, załoga z Ptasiej pogodziła się z Kromerowcami, szukano nowego pustostanu, kiedy ktoś zaparł się z powrotem na Kromera 6a. To pewnie był błąd, poniosła nas honorówka – w nocy z 12 na 13 maja wróciliśmy do pustostanu bez prądu i bieżacej wody, co gorsza w oficynie gęsto zamieszkanego podwórza. Coś aktywnego działo się tam pięc czy sześć lat, potem drugie tyle trwała typowa agonia skłotu mieszkalnych. Co ciekawe, bardzo szybkko pojawili się tam zielonoświątkowcy z młodzieżowego ruchu do nawracania punków i anarchistów, o korzeniach z samej Holandii. Przybyła też najdziwniejsza i, w toku historii, jedyna istotna postać tego miejsca, niejaki Młody, szybko nazwany Młodym z Kromera. Osiemnasteletni, wychowany na jakimś wojskowym osiedlu, o poglądach skurwysyna i Mesjasza, wyglądał i poruszał się jak drzewo albo trup wybity z lodu, któremu dołączono mechanizm przekładania stóp i rzadkiej, niczym dokonywanej siekierą, gestykulacji. Na jakimś śmietniku znalazł półtorametrowej wysokości plastikową półkę sklepową, i póki nie zmieliła mu pleców, używał jak plecaka, w zasadzie przesuwał się od śmietnika do śmietnika za puszkami i makulaturą jak zwierzę z gatunku, który w tym pokoleniu opuścił swoje tory ewolucyjne. Z poglądów był prawicowcem i za to jakiejś jesieni go wyrzuciliśmy: a potem poszedłem szukać go po ulicach. Znalazlem u pierwszych czy drugich sekciarzy chrześcijańskich. Z tego co wiem, obecnie jest cieciem pola paintballowego i żywi się literaturą. Niec widziałem się z nim od pierwszych dni po Smoleńsku, gdzie wpadliśmy na siebie pod jakimś kontenerem na makulaturę. Poglądów nie zmienił: póki nie zgubiłem telefonu, bombardował mnie – czasami kilkunastoma dziennie – esesmesami w stylu „ilu ludziom zrobiło się lepiej od zaangażowania Szczepana Kopyta”.

Ze starszymi łączyła mnie Galeria OBOK Marcina Harlendera i Grażyny Wilk. Marcin malował białe kreski na deskach ze różnych skrzynek, a ja, wpierw amatorsko i jeszcze z Groszkiem, a w miarę rodzenia się kolejnych idzieci – doszli do piątki – coraz profesjonalniej i coraaz bardziej sam przywoziłem im warzywa i piłem z Marcinem piwo. Zrobiłem tam największe nieuświadomione świństwo w życiu: na jakiejś posiadówce czy wernisażu nieznana mi wtedy dwudziestoparoletnia panna wzięła do ręki kulę z padającym w środku w środku śniegiem i spytała idiotycznie dla mnie poważnym tonem: - Ciekawe, jaka przyszłość mnie czeka? - a ja odpowiedziałem jej cytatem z pierwszych klatek Osiedla Swoboda, kultowego wtedy komiksu: - Ty nie masz żadnej przyszłości, kobieto.

Dziewczyna wybiegła traskając drzwiami. Ktoś mi powiedział, że ma białaczkę.

Co jakiś czas przychodziły samobójstwa, rzadziej inne śmierci. Zaczęło się od dziewczyny z grupy antyeksmisyjnej, która rzuciła się z okna swojego mieszkania na siódmym czy ósmym piętrze; ktoś, pewnie ja, dorabiał legendę o topoli, którą złamała upadkiem. To był przedostatni pogrzeb, na który poszedłem. Potem w Berlinie zaćpał się z żółtaczkowych bóli jeden z założycieli Kromera, które swoją drogą nie dorobiło się żadnego imienia; ludzie z jego pierwszej załogi mieli z berlińskiego schroniska odebrać jego psa, inną sukę Ceny, oczywiście, nic z tego nie wyszło. Potem dwaj kumple zginęli w wypadku samochodowym w Skandynawii, gdzie pojechali pracować: i wtedy poczułem, że kobiety nie dają już rady, a to musi być początek końca. To byli naprawdę ważni kolesie, jeden rozkręcał galerię, drugi po prostu był. Reszta tych historii jest za świeża, żeby je odrabiać, a niektóre nigdy nie przestaną być świeże, jak choćby ta o czternastoletnim dzieciaku z podwórka CRK-a, kibolu Śląska, łączniku z dresami w okolicach, który przychodził do Jedzenia Zamiast Bomb pomagać w gotowaniu za torbę warzyw dla matki i rodzeństwa, którą i tak dostałby za darmo, aż jakiejś soboty zginął wypadając z pociągu przy gówniarskich zabawach z szalikami, w drodze na mecz skumplowanej z nimi Miedzi Legnica. Inne znowu mnie nie dotyczą. Były też historie na balansie groteski typu ktoś poszedł siedzieć i wrócił jako Jehowita. Jest też zadawniona, jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, w zasadzie wysypana i zmyślona, legenda o zamianie mordercy z ofiarą: jakiś znany załogant, w bójce, i przy tylko swoich świadkach, zabił świeżo przybyłego; wieść o morderstwie i aresztowaniu wróciła do ludzi. Jego kumple, żeby ratować jego honor i wyjaśnić zniknięcie, martwego zrobili z niego, ze świerzaka mordercę. Nigdy w tę nie wierzyłem, i zawsze wydawała mi się konieczna do postawienia.

Wrocław, oczywiście, jest alternatywny, posiada Rynek z Ratuszem, dokąd kiedyś wywoziłem w kartonach szczury łapane żywcem w piwnicach i pod spiżarnią Kromera, Galerię Dominikańską, gdzie na rampie rozładunkowej ochroniarze skopali na śmierć złodzieja wódki, posiada Odrę, gdzie ludzie chodzą się opalać, a której brzeg jest obecnie czyszczony z z ziemi; cały alternatywny Wrocław sprawia wrażenie czyszczonego z ziemi; browarów już nie ma, Jedności Narodowej pachnie wirem osobówek, między którymi bezszelestnie brodzą powietrzem czeskie tramwaje, w których nie sposób pić i spać. W piekarniach co prawda jeszcze palą oponami, ale to już tylko zastraszona patologia, cwaniaczkowie po naprawdę nietypowych wyrokach. Kolega niedawno wynajął magazyny od jakiegoś biznesmena; nazajutrz spotkał go o szóstej rano, w czarnej rękawiczce obierającego miedziane kable z gumy; typ przez noc przerżnął czynsz na automatach. Bardzo ciekawi mnie ten obcy mi, kompletnie alternatywny Wrocław, który nam szykuje i stolicę kultury, i igrzyska sportów nieolimpijskich, a szczególnie różne wybory. Jest podobny do jeszcze jednego Wrocławia, najbliższego jego trzewiom, kanałom i przejściom między ścianami ze sklejki, blachy i ocieplenia. Wrocławia dwóch milionów. Jeśli kilkadziesiąt razy wypłaszalem tu z róznych miejsc szczury – w tym matronę wielkości jamnika z następnym pokoleniem widocznym przez sierść brzucha, to ze śmietnika na Leśnicy spłoszyłem kiedyś jenota. W ogóle Leśnica to bardzo alternatywny Wrocław, altanowi bezdomni zbierają tu gałęzie, a nie deski, szkło od dawna jest skupowane na wagę, knajpy mają sznyt dworcowo – komisaryjny, a nie burdelowy, i taką też ją sobię roję, przeszedłem Wrocław od urojonego funebrum na Północy po równie urojone gardens na Południu, wszedłem weń nocą, opuszczam upalnym południem i, żeby było głupiej, opuszczam go do Wrocławia, tak jak idee i nadzieje opuszcza się dla zagłębienia w ich trzewia, w wymiona oleju.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze (12)

  • Tekst do wglądu, bo potem muszę go skasować. Idzie do biuletynu BWA we Wrocławiu.

  • czy to fragment większej całości?
    JBZ

  • Rczej nie, tekst okazjjonalny.


  • widzisz to czego inni nie widzą albo wstyd im o tym mówić. Konrad przeleć jeszcze tekst bo sporo literówek do poprawy, czeskie błędy itd. w sumie bardzo ciekawy język masz, czyta się z zainteresowaniem, pozdrawiam.
    JBZ

  • Ciekawy, poruszjący, ważny. Radość po przeczytaniu, że wolno mi było zajrzeć do takiego Wrocławia. Kawałek sztuki też, a nie tylko relacja, co dziwne, że się udało, przy tak dominującym temacie. Cieszę się, że na niego zdążyłam :)

    • . .
    • 02 sierpnia 2013, 22:32:37

    Ciekawa narracja, poruszające historie - fajny tekst.

  • po wyprowadzce na Psie Pole, które tylko dla mnie było źle wyrusowanym cmentarzem, jakiś człowiek zobaczył w nim filię Łodzi, nikogo innego moja wizja nie kupiła. Ktoś tam łapał stopa i tyle.
    mnie kupił ten tekst w całości a od dawna nie mogłam się pozbierać hi hi...całość ciekawej prozy to świetny a(ute)ntyk

    • G C
    • 03 sierpnia 2013, 05:19:30

    Podoba się.

  • obcujemy tu z tą matroną

  • Z którą, Kubo? Chyba nie z Ceną?

  • nic nic, pomyślałem, że tekst jest nomen omen ową brzemienną matroną szczurzą (hm, oczywiście w pozytywnym znaczeniu) i ma wiele wspólnego ze wspomnianym wypłaszaniem (w nawet bardziej pozytywnym), albo i spędzaniem (w znaczeniu, w jakim np. spędza się płód)

  • "no to zaśpiewajmy coś wesołego"

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się